Wróciłam z kilkudniowego urlopu, jak zwykle z poczuciem ulgi, że już się skończył. Wiem, że jestem dziwna, ale wycieczki ze znajomymi nie są dla mnie upragnioną odskocznią od pracy, przeciwnie – strasznie mnie męczą. Kilka lat temu objawiało się to myślami natrętnymi, teraz myśli natrętne jakby troszkę się zmniejszyły, a pojawiło się poczucie zmęczenia drugą osobą, zmęczenia jak najbardziej fizycznego, mimo że śpię bardzo dobrze, do tego dochodzą jeszcze lekkie zaburzenia trawienne. Nie wiem już, czy to faktycznie chodzi o obecność drugiej osoby, czy o to, że jestem poza domem, w podróży, nieregularny tryb życia, nienajlepsze odżywianie. Oczywiście lepsze to niż myśli natrętne J
Towarzystwo dobrze znanych mi osób było dla mnie tak męczące, że w każdej wolnej chwili zamykałam oczy i pogrążałam się w nicnierobieniu. Letarg. Dawałam się jednak namówić na różne przyjemności i jeśli były faktycznie bardzo przyjemne, potrafiło mnie to ożywić. Teraz wróciłam do mojego pustego mieszkania, bez perspektyw na szczególnie ważne czy przyjemne wydarzenia, spotkania, a mimo to powrót do rutyny i uregulowanego trybu życia jest dla mnie milszy niż kolejny dzień spędzony z przyjaciółmi.
Przez cały mój pobyt tak jakby starałam się ograniczyć jakiekolwiek aktywności, bo wiele z nich związanych jest z „transakcjami”, które wolę ograniczać do minimum. Sytuacje związane z pieniędzmi, kiedy trzeba za coś wspólnie płacić albo komuś oddać jakieś pieniądze, wywołują u mnie myśli natrętne – potrzebę upewniania się, że na pewno dobrze odliczyłam pieniądze, że nikogo nie „oszukałam” nieświadomie. Nawet nie było ich tak dużo, bo przeważnie każdy płacił oddzielnie, ale mimo wszystko miałam taką potrzebę uporządkowania w głowie wszystkiego, co do tej pory robiłam z pieniędzmi. No i zrobiłam to właśnie przed chwilą. Przeanalizowałam wszystkie sytuacje, które związane były z płaceniem i upewniłam się, że nie było tego aż tak dużo i że wszystko jest w porządku. Fakt, że tym razem nie było to zbyt skomplikowane.